18/28 Rysy, czyli góry, które dały mi skrzydła – lekcja przyjaźni i siły

Po sobotnich rodzinnych zawodach wspinaczkowych, na których razem z rodzicami zdobyliśmy drugie miejsce, czułem, że jestem w doskonałej formie. Mama upominała, abym się nie przeforsował, bo następnego dnia czekał mnie prawdziwy wyczyn. W pełni nieświadomy tego, co mnie czeka, wstałem o 3 rano, szybko zebrałem się do wyjścia, zjadłem śniadanie i z wałówką w plecaku ruszyliśmy w drogę.  Nna parkingu spotkaliśmy się z Jankiem i jego rodziną. Nie widzieliśmy się dwa tygodnie, więc nasza radość była ogromna.

Z czołówkami na głowach ruszyliśmy w góry. Tym razem mojej Pańci nie było z nami. Nie wiedziałem dlaczego, ale ta zagadka szybko się rozwiązała. Kiedy tylko słońce zaczęło wschodzić, dostrzegłem majestatyczne szczyty Tatr Wysokich. Strzeliste, granitowe stożki, z których jeden mieliśmy zdobyć. 

Wtedy zrozumiałem, dlaczego Pańci nie ma z nami.

Od samego początku uśmiech nie schodził mi z ust. Cieszyłem się z każdego wspólnego kroku. Ja szedłem w nieznane, podczas gdy Janek z rodziną zdobywał Rysy już po raz piąty.

Po zejściu z asfaltu nasza wycieczka podzieliła się na dwie grupy. Z przodu Kamil ze mną i moimi rodzicami, a tuż za mną Janek i jego rodzice, Asia i Jarek. Zwykle z Jankiem gadamy i śmiejemy się bez końca, ale tym razem było inaczej. Czułem, że coś go martwi. Szedł ze spuszczoną głową i ciągle pytał o wiatr. "Przecież nie ma wiatru, to nie powód do zmartwień" – myślałem. Ale szybko zrozumiałem, że każdy z nas ma swoje lęki.

Gdy dotarliśmy do łańcuchów, dostałem skrzydeł! Przypomniała mi się drabinka z Biskupiej Kopy i pomyślałem: "to jest to, co niedźwiadki lubią najbardziej!". Wspinaczka to moja pasja, a wszystkie treningi, na które chodzę, nareszcie się przydały. Pewnym krokiem, trzymając się łańcuchów, pokonałem przeszkodę. Aż szkoda, że była tak krótka!

Naszym celem nie były jednak łańcuchy i drabinki, tylko szczyt, więc ruszyliśmy dalej. Po krótkim odpoczynku w schronisku pod Rysami, ubrani w kaski, ruszyliśmy w stronę wagi. I tu rzeczywiście wiało. Może to tym martwił się Janek, On wiedział, co nas czeka. Ostatnie podejście na szczyt nie było łatwe. Szliśmy po wielkim rumowisku skalnym, a wiatr był coraz silniejszy. Ale nikt się nie poddał. Nikt nie wątpił, że damy radę.

Widok ze szczytu był niesamowity. Wszystkie góry i stawy w dole wyglądały jak z pocztówki, a ja stałem na Rysach, najwyższym szczycie w Polsce, i czułem ogromną dumę. 

Czułem, że pokonałem coś bardzo ważnego. W drodze powrotnej Rysy wyglądały majestatycznie, a my szliśmy dół, rozmawiając i śmiejąc się. Janek odzyskał werwę, odzyskał swoją energię i śmiechom nie było końca. Nie przejmowaliśmy się komentarzami typu "wypłoszyliście wszystkie niedźwiedzie". My wiedzieliśmy, że stanąć z kumplem na najwyższym szczycie Polski to jest coś. Zrozumiałem też, że w górach ważna jest nie tylko droga na szczyt, ale przede wszystkim to, z kim ją pokonujesz. Kiedy schodziliśmy, turyści nam gratulowali. To było bardzo miłe i sprawiło, że poczułem się wyjątkowo.

To było coś więcej niż tylko wejście na szczyt. To była lekcja o tym, że razem można pokonać każdy kryzys, a przyjaźń to najlepszy motywator. Wróciłem zmęczony, ale szczęśliwy i gotowy na kolejne wyzwania.

p.s. Na sam koniec pajacyki, które są już naszą tradycją, Tylko tata nie miał siły oderwać się od ziemi

link do artykułu taty Janka z naszej wyprawy: rysy-z-mikim-kgp-po-raz-5

Komentarze

  1. Wspaniale opisana historia! Cieszę się, że chłopcy wspólnie zdobyli ten najwyższy szczyt!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz