15/28 Rudawiec – Góry Bialskie, czyli powrót na szlak!

Po krótkiej przerwie wróciliśmy na szlak, a cel był jeden: Rudawiec w Górach Bialskich. To miejsce jest wyjątkowe – czuć tam prawdziwą dzikość i spokój, jakby to były Bieszczady w miniaturze, z tą różnicą, że zamiast niedźwiedzi spotykaliśmy jagodowe krzewy do pasa. Trzeba tu wrócić w lecie, na "jagodowe łowy".



Nasza wyprawa zaczęła się od małego zgrzytu, jak się ubrać? Jakie ciuchy wziąć? Raz zimno raz gorąco, na szczęście, jak tylko ruszyliśmy, emocje wzięły górę. Rozpętała się prawdziwa walka o to, kto będzie prowadził Pańcię. Mój mały maltańczyk jest naszą tajną bronią motywacyjną, więc każdy chce z nią iść! Na szczęście na szlaku szybko zrobiło się tak stromo, że Pańcia musiała pójść na ręce i walka się skończyła.






Wybraliśmy nietypową trasę, prawdziwe "górskie przejście", a nie typowy szlak. Było trudno, ale to właśnie dodało nam uroku. Musieliśmy się trochę zmęczyć i spocić, ale widoki w pełni to rekompensowały.

Szczyt Rudawca był niemal pusty, więc mieliśmy chwilę, żeby odpocząć i nacieszyć się ciszą. Niestety, zapowiedź deszczu zmotywowała nas do dalszej drogi. Postanowiliśmy wracać wzdłuż granicy do Przełęczy Płoszczyna, mijając po drodze kolejne szczyty. Pańcia szalała w jagodowisku, a my podziwialiśmy widoki, w tym majestatyczny Śnieżnik z charakterystyczną wieżą.

Ostatnia prosta to bieg po leśnych ścieżkach, po których Pańcia pędziła jak szalona. Na parkingu, zmęczeni, ale szczęśliwi, zrobiliśmy rundę idealnie zsynchronizowanych pajacyków.

Tak kończy się najlepsza górska wyprawa! Deszcz dopadł nas dopiero, gdy siedzieliśmy już w samochodzie, szczęśliwi, że kolejny szczyt zdobyty. Gotowi na kolejny dzień w górach!

link do relacji taty Janka: link


Komentarze